Straat-ien i jego ukochana unosili się w błękitnej mgle, delikatnie podświetlonej światłem gwiazd, rozrzuconych jak garść brylantów na płachcie czarnego welwetu. Ponad nimi pływały puszyste, białe cumulusy, atmosferyczna bawełna. W oddali leżały urwiste góry, przybrane w brązy i zielenie i przystrojone oślepiającą bielą, najbardziej intensywnym brakiem koloru.
Bliższe detale były łatwiejsze do zanalizowania. Obce drzewa i pnącza łączyły się z ziemią wibrującą, splątaną siecią życia. Nieszkodliwe, wielkie owady fruwały pośród lian na opalizujących skrzydłach, które wyglądały jak by były wycięte z baniek mydlanych. Rozproszyły się z ociężałym buczeniem, gdy niemal naga para przepłynęła pomiędzy nimi.
W precyzyjnie wybranym momencie mężczyzna i kobieta łagodnie opadli na rubinowy piasek, który powstał dzięki milionom lat oddziaływania fal na grań litego korundu. Półprzeźroczyste, szmaragdowe morze radośnie pluskało o rafę tuż przy brzegu, gdy wieńczyli swą wyprawę.
Gdy skończyli, położyli się na plecach, a palce kobiety lekko zacisnęły się na przegubie mężczyzny. Naomi spojrzała na swojego towarzysza. Drobne kropelki potu zraszały jej czoło, a jej jasne włosy ułożyły się w złote żyły na ciemnoczerwonym piasku. Uśmiechnęła się.
- Musisz przyznać Hivistahmom, rasie, która uprawia miłość cholernie prozaicznie, że naprawdę wiedzą, jak stworzyć oszałamiające otoczenie dla nas, nie-jaszczurów.
Nevan Straat-ien nie widział powodu by się nie zgodzić, obserwując symulowane niebo. Było doskonałe, pozbawione zanieczyszczeń, upstrzone odpowiednią ilością chmurek. Dokładnie tak, jak zamówiono. Szybkość ich wyimaginowanego szybowania do plaży była uzależniona od stopnia ich wzajemnego podniecenia, monitorowanego przez Hivistahmowskie zdalne oprogramowanie sterujące grą wstępną, a wszystko po to, by zapewnić ich lądowanie na obfitym piasku w naprawdę idealnym momencie.
Nie miał zastrzeżeń.
Inne symulatory pozwalały im zjeżdżać razem po oblodzonym zboczu góry, albo prześlizgiwać się pod powierzchnią morza w otoczeniu pląsających ryb. Ta ułuda pozwalała zapomnieć ludziom o bitwie na Chemadii, do której wkrótce musieli powrócić.
Baza Atilla była najbardziej wysunięta z trzech umocnionych bastionów, które siłom ekspedycyjnym, wysłanym na Chemadii udało się założyć na tym spornym świecie. Przypadkiem usytuowana była na wybrzeżu zachodniego morza, dużo bardziej wyblakłym i mniej stymulującym, niż wybrzeże wyczarowane przez Hivi-projektory. Piasek plaży, która wdzierała się do militarnego kompleksu, był brudno-biały i zarzucony rozkładającymi się odpadkami oceanicznej flory, zaś temperatura otoczenia była daleka od tropikalnej.
Cienka, lekko metalizowana obręcz, którą nosił na czole, a która monitorowała zmiany w poziomie hormonów, wysłała sygnał i niebo znikło, a piasek wyblakł. Leżeli na utylitarnym łóżku-platformie pod cztero-metrową kopułą w kolorze świeżego mleka. Z nieokreślonego kierunku dochodziło jaskrawe światło. Zamrugał i usiadł, obejmując ramionami kolana. Zmysłowy seans dobiegł końca.
- Szkoda, że Hivistahmowie, którzy wynaleźli coś tak wspaniałego, nie mogą sami w pełni wykorzystywać tych świetnych efektów. - Wyraziła swą opinię.
- Coś jednak z tego mają - odrzekł. - Po prostu, ich hormony nie szaleją tak, jak nasze.
Wspomnienia migoczących owadów i rubinowych piasków zaczęły już ulatywać.
Jednakże w Naomi nie było nic syntetycznego. Leżała obok niego, rozluźniona i wcale nie zażenowana. Długość jej włosów dobitnie świadczyła o tym, że nie brała udziału w walce. Aktualnie przydzielona była do oddziału Zaopatrzenia i Uzupełnień, co stanowiło dla nich źródło żartów.
Przeciągali słodkie sam na sam pod kopułą, bo jutro kończył się jego urlop. Po raz pierwszy, od kiedy się poznali, mieli dla siebie więcej niż dwa kolejne dni i oboje zamierzali z tego jak najwięcej skorzystać. I udało się.
Wiedział, że w Planowaniu tęsknią za nim. Chemadii była jedną z tych frontowych planet, na której Ampliturom i ich sprzymierzeńcom udało się ostatnio zgromadzić poważne siły. Było to miejsce, w którym nie zanosiło się na żadne szybkie, decydujące zwycięstwa. Wróg był głęboko okopany i wszystko wskazywało na to, że chciał utrzymać ten stan rzeczy.
- Co tylko zwiększy tryumf, gdy pachołkowie Celu zostaną stąd już wreszcie wyrzuceni - pomyślał. - Po tym, po Chemadii, będzie kolejny świat, jeszcze jedna konfrontacja. - Na tym polegała wojna. Może Gromada spróbuje zdobyć następne pół-świata, a może nawet pobliski, ważny, rolniczy system Jwo, zdominowany przez Se-gunian. Słyszał takie pogłoski. Zawsze krążyły plotki, na które oficerowie byli równie podatni, jak niższe rangi.
To i tak nie miało znaczenia. Leciał tam, gdzie go wysłano, od planety do planety, od bitwy do bitwy. Tak rozgrywała się wojna od setek lat.
Poczuł palce, delikatnie pieszczące mu pośladki. Jego stosunek do Naomi stał się czymś więcej, niż tylko rozrywką. Nie planował tego, ale takie rzeczy rzadko zdarzały się według planu. Znacznie łatwiej było opracować strategię walki z wrogiem.
Naomi była atrakcyjna i inteligentna, wyrozumiała i troskliwa. Zasięg jej umysłu był mniejszy niż jego, ale nie stanowiło to przeszkody. Często jej percepcja była lepsza od jego. Na przykład znacznie lepiej radziła sobie w kontaktach z ludźmi. Przysunęła się jeszcze troszkę bliżej, tak, że poczuł promieniujące od niej ciepło.
- Znów coś kombinujesz. Nie zostało nam zbyt wiele czasu. Nie możesz się po prostu odprężyć?
- Przepraszam. Nie potrafię się powstrzymać.
- Nie da się ukryć. - Uśmiechnęła się. - Jednak przez kilka minut nie rozmyślałeś. Improwizowałeś jak szalony.
Na jego twarzy pojawił się chłopięcy, niemal nieśmiały uśmiech, który kobiety uważały za tak powabny. To była jedyna, niewinna w nim cecha.
Był niski, nieco niższy od niej, ale nie miał z tego powodu kompleksów. W połączeniu z gładką twarzą o łatwo usuwalnym zaroście, wyglądał na kogoś o dziesięć lat młodszego, choć zbliżał się już do czterdziestki. Drobny i szczupły, ale niezwykle umięśniony, miał figurę gimnastyka, co było wynikiem przypadkowego doboru genów i długich godzin ciężkiej pracy. Orzechowego koloru włosy obcięte miał na króciutkiego jeżyka, a nad obu uszami, wygolił zygzaki. Taki styl uważał za wygodny i charakterystyczny dla niego.
Czasami jego wygląd i postura doprowadzały do kłopotów, gdyż wyglądał bardziej na ordynansa, niż na pułkownika. Przy więcej niż jednej okazji zmuszony był udowadniać, zarówno Ziemianom, jak i przedstawicielom innych ras, swoją aktualną rangę. Jako dziecko nienawidził, gdy brano go za kogoś młodszego, ale gdy dorósł, zaczął to doceniać i przestał przeklinać ten szczególny aspekt swojej urody.
Choć, tak jak każdy inny Człowiek, lubił walkę pogodził się z pracą w Planowaniu. Wyglądało na to, że miał dryg do wynajdywania słabych stron wroga, talent, dzieła któremu szybko awansował. Szybko zorientował się, że Planowanie było idealnym miejscem, gdzie mógł najlepiej spożytkować swój drugi dar, o którym jego koledzy nie mieli pojęcia. Ten, który umożliwiał mu narzucanie od czasu do czasu jakichś zmian w taktyce nawet najbardziej upartym oficerom - Massudom.
Nevan odziedziczył swe geny po Kossuutczyckich rodzicach. Był jednym z Kadry.
Podobnie jak inni Ziemianie, Naomi niczego nie podejrzewała. Jego zdolności nie oddziaływały na pozostałych Ludzi, a ona nigdy nie widziała go przy pracy. Dla niej był tyko Nevem, jej powiernikiem i kochankiem.
Teraz musiał wziąć pod uwagę możliwość, że ona stanie się dla niego czymś więcej. To było coś, czego pragnął i czego się równocześnie obawiał. Małżeństwo poza Kadrą było możliwe, ale bardzo trudne. Utrzymanie tajemnicy przed przyjaciółmi i znajomymi było względnie łatwe. Permanentne ukrywanie tego przed żoną i życiowym partnerem było czymś zupełnie innym.
Naprawdę pasowali do siebie. Ona lubiła mówić, a on chętnie jej słuchał. Jej entuzjazm uzupełniał jego naturalną powściągliwość.
Nigdy nie był żonaty i niemal pogodził się z możliwością, że już nie będzie, choć Kadra zachęcała do żeniaczki pomiędzy jej członkami. Byle nie z "obcymi". Utrzymanie puli genów w ramach Kadry było ważniejsze od jakiejś tam miłości.
Naomi straciła pierwszego męża na wojnie. Nie mieli dzieci, co mogło być pomocne w przypadku, gdyby...
Powstrzymał się zaskoczony, jak daleko posunął się już na tej trudnej ścieżce podejmowania decyzji.
- Wyglądasz na szczęśliwego. - Usiadła obok niego.
- Bo jestem. Tyle, że mam robotę.
Westchnęła.
- Zawsze praca. Czasem kusi mnie, by cię odurzyć jakimś narkotykiem, ale wątpię, czy odniosło by to jakiś skutek. Zsunął się z platformy i zaczął ubierać.
- Będziemy w kontakcie. Wrócę, jak tylko uda mi się uwolnić od obowiązków. Może za parę tygodni. - Nałożył cywilny dres.
Znów leżała na łóżku obserwując go, podziwiając grę wyrazistych mięśni na jego plecach i nogach.
- Masz zbyt wielkie poczucie odpowiedzialności. Chciałabym, żeby można to było usunąć operacyjnie.
- Najbliższe miesiące będą ciężkie. - Obrócił twarz w jej stronę, zapinając górę dresu. - Spróbuję załatwić połączenie prywatną linią. Będziemy mogli porozmawiać.
Przeciągnęła się zmysłowo:
- Moja prywatna linia jest dla ciebie zawsze otwarta.
- Przestań, bo nigdy stąd nie wyjdę. Zdegradują mnie o stopień, jeśli się spóźnię.
- Wątpię. Jesteś bezcenny. I to nie tylko dla tych tępaków z Planowania. A tak przy okazji, jak nam idzie? Wszyscy oglądają raporty i zastanawiają się.
- Ampliturowie walczą o ten świat jak szatani. Tyle transportów przybywa z Nadprzestrzeni dla obu stron, że orbity są już zatłoczone. - Spojrzał po sobie, a następnie na kobietę, którą prawie kochał. - Muszę już iść, Naomi.
- Wiem - westchnęła zrezygnowana. - Ten twój klub.
- Zanim wyruszamy do akcji, spędzamy razem parę chwil.
- Chciałabym, żebyś z tego zrezygnował. Mielibyśmy więcej czasu dla siebie.
- Spotykamy się rzadko. Przyjaciele i kumple z rodzinnej planety. A ty nie chodzisz na imprezy Barnarda?
Potrząsnęła głową:
- Nie znam większości z tych ludzi. Wygląda na to, że Kossutczycy trzymają się razem.
- Zgadza się. Tak nas wychowano.
- Znam historię Ocalonych. Bardzo przygnębiająca sprawa. Ale to już skończone. Ich potomkowie są teraz zwyczajnymi ludźmi, takimi jak ty.
Uśmiechnął się z przymusem:
- A ja przez cały czas sądziłem, że uważasz mnie za nadzwyczajnego. Nie robimy nic szczególnego, Naomi, pozdrowienia, wymiana wspomnień. Nie ma nas tu zbyt wielu. To nie to, co na Ziemi, gdzie zawsze można spotkać kilkuset ludzi, z którymi da się pogadać. - Było jeszcze szereg innych rzeczy, ale nie mógł jej o tym opowiedzieć. O wielu rzeczach nie mógł jej powiedzieć.
Członkowie Kadry ogromnie bali się dekonspiracji i z całych sił strzegli swej tajemnicy nawet przed ukochanymi, którzy cierpieli na normalność.
Wolno mu jednak było marzyć o stałym związku. Mógł fantazjować o spędzeniu reszty życia z Naomi u boku. Tego nie zabraniano.
- Dalej, pułkowniku. - Jej rozpacz była wyraźna i celowo wyolbrzymiona. - Idź na to swoje cholerne spotkanie. Wiem, co jest dla ciebie naprawdę ważne. - Zmiękła. - Przynajmniej mamy jeszcze dzisiejszą noc.
- Może - pomyślał. To zależało od koordynacji... i od innych czynników, na które ani on ani ona nie mieli wpływu. Przechylił się przez łóżko i pocałował ją na do widzenia. Było to niezręczne, ale żadne z nich nie zaprotestowało.
Gdy wreszcie udało mu się od niej oderwać, nieoczekiwanie powiedziała:
- Może kiedyś będę mogła pójść z tobą na jedno z tych spotkań?
Jego mięśnie lekko się napięły, miał nadzieję, że tego nie widać.
- Nudziłabyś się jak diabli.
- Och, nie wiem. Miałabym okazję poznać kilku twoich przyjaciół z Ziemi.
- To tylko zwyczajni ludzie. Tak jak powiedziałaś, Kossutczycy nie wyróżniają się spośród innych od czasu, gdy Hivistahmowie i O'o'yanowie poprawili anatomię naszych przodków i naprawili to, co zniszczyli Ampliturowie. - Usiłował zmienić temat. - A może ciągle jeszcze jest we mnie coś dziwnego?
- Nie. Absolutnie. - Roześmiała się. - Okazałeś się lepszy, niż przeciętny.
- Jak my wszyscy - zadumał się - ale ani ty, ani nikt inny nie może o tym wiedzieć.
Nie mógł jej poślubić. Była zbyt bystra i niemożliwe byłoby utrzymać przed nią sekret Kadry. Gdyby go odkryła, zaczęłyby się problemy. Nie byłby w stanie uchronić, ustrzec jej przed nieuchronnymi konsekwencjami. Lepiej nigdy do tego nie dopuścić, skończyć z tym teraz, zanim zagrożenie stanie się zbyt wielkie.
To nie będzie łatwe.
Siedziała po drugiej stronie łóżka, wkładając koszulę.
- Wy Kossuuci...
Czy to ironiczne stwierdzenie mogło zawierać jakieś ukryte treści? Czy coś podejrzewała? Modlił się, żeby to nie była prawda.
Gdyby Massudzi, albo członkowie jakiejkolwiek innej rasy tworzącej Gromadę, zorientowali się, że niektórzy Ziemianie mogą wpływać na ich procesy myślowe w taki sam sposób jak Ampliturowie, taka sensacja mogłaby zniszczyć sojusz. To była wielka tajemnica, która musiała być zachowana za wszelką cenę. Gdyby Naomi, lub ktoś inny poznał prawdę, trzeba by odpowiednio z nimi postąpić. Nevan wiedział, że gdyby do tego doszło, on sam musiałby zrobić to, co konieczne.
- Paranoja - zamruczał cicho. Ona nic nie wie, a on się postara, żeby tak pozostało.
Na pół ubrana obeszła nogi łóżka i otoczyła go ramionami.
- Bardzo niechętnie pozwalam ci odejść, pułkowniku. Mam nadzieję, że to widać.
- Nie tylko to - odpowiedział wesoło, znów ją całując.
- Jak daleko ode mnie wysyłają cię tym razem?
- Do Circassian Delta.
- Cholera. A więc nie będzie nocnych przepustek?
- Obawiam się, że nie.
- Skontaktujesz się ze mną jak tylko wygracie bitwę?
- Jeśli ją wygramy. Nic na Chemadii nie jest pewne.
- Wygląda na to, że ten świat bardzo wiele dla nich znaczy.
Cofnął się.
- Wydaje się, że ostatnio wszystko dla nich bardzo dużo znaczy. Myślę, że to dobry znak.
Usiadła u stóp łóżka i zaczęła wygładzać spodnie.
- Czyżby to oznaczało, że zbliża się koniec wojny?
- Koniec wojny? - Przyszło mu na myśl, że nigdy tak naprawdę nie rozważał tak horrendalnego pomysłu. - Gromada poczyniła spore postępy odkąd Ziemianie opowiedzieli się po jej stronie, ale nie widzę żadnych oznak, że Ampliturowie i ich sojusznicy bliscy są poddania się.
- Tego się obawiałam. - Wzruszyła ramionami. - Ale i tak to przyjemna myśl.
Jak większość Ziemian, szkolono go w sztuce wojennej od chwili, w której stał się wystarczająco duży, by po raz pierwszy nacisnąć spust broni. Nigdy nie myślał o zakończeniu wojny, tak jak i żaden z jego przyjaciół. Ale Naomi była inna. To był jeden z powodów, dla których ją kochał.
Później, gdy przyspieszenie wgniatało go w siedzenie pojazdu pędzącego z unikami, przewożącego go z Bazy Atilla w górę wybrzeża, zastanawiał się, czy nie bacząc na dramatyczne okoliczności i konieczność takiego rozwiązania, naprawdę potrafiłby ją zabić?
Ranji-aar mógłby to zrobić, ale on był tym pierwszym, legendarna postać w historii Kossuut. Nevan wiedział, że nie był Ranji-aarem. Był zwykłym żołnierzem, który miał zdolności strategiczne.
Ach, gdybyśmy tylko mogli wpływać na myśli innych Ziemian tak, jak na Massudów, Svanów, czy Hivistahmów, pomyślał, wpatrując się w szare, obce morze widoczne za oknem. To by uczyniło czyjeś życie osobiste znacznie łatwiejszym.